Pani mąż to człowiek ze stali, nie okazuje ani skruchy, ani żalu. Szkoda, że nie jest po naszej stronie.

Jerzy Mering, obrońca „Nila" z urzędu

Opowieść o człowieku niezłomnym Drukuj Email
Artykuły
Wpisany przez Piotr Szubarczyk   
W więzieniu mokotowskimKiedy w czerwcu zeszłego roku Maria Fieldorf-Czarska, córka generała "Nila", opublikowała w "Naszym Dzienniku" - w liście otwartym do producenta filmowego Włodzimierza Niderhausa - swoje zastrzeżenia co do scenariusza filmu fabularnego "Generał 'Nil'", wydawało się, że nad produkcją zbierają się ciemne chmury. Pani Maria, poirytowana nadużywaniem w scenariuszu fikcji literackiej, swoistej licentia poetica, zamiast odtwarzania realnych wydarzeń, równie dramatycznych i nie mniej "filmowych", postawiła ultimatum: "Jeśli panowie chcecie robić film autorski, to pod warunkiem, że nie będzie tam mojego Ojca, mojej Mamy, mojej Siostry i mnie. To może być na przykład film 'Generał Kowalski'. Nie życzę sobie zmyślonych scen z udziałem moich najbliższych Zmarłych - przez szacunek dla Nich. Wykorzystam wszystkie dostępne mi środki prawne, by nie dopuścić do emisji takiego filmu".
Od tego czasu minęło 10 miesięcy. Kiedy 6 kwietnia wychodziłem na przedpremierowy pokaz dla nauczycieli w Gdańsku, by wygłosić słowo wprowadzające, pani Maria powiedziała mi: "Mimo zastrzeżeń co do niektórych szczegółów uważam ten film za udany, jeśli chodzi o istotę sprawy. Ten film ma też bliskie mi przesłanie ideowe. Chciałabym, by zobaczyła go polska młodzież".
Kiedy porównuję ostateczny kształt filmu z pierwotnym scenariuszem i zastrzeżeniami pani Marii z zeszłego roku, stwierdzam, że w gruncie rzeczy niewiele jej życzeń spełniono. W momencie ogłoszenia protestu zdjęcia do filmu były już ukończone, a wiadomo, że na etapie montażu nie wszystko da się poprawić. Można jednak usunąć rzeczy ewidentnie nieudane, i to zrobiono. Jako przykład podam scenę z pierwotnego scenariusza, kiedy to Emil Fieldorf podczas spaceru w górach cytuje z pamięci fragment "Traktatu poetyckiego" Czesława Miłosza - z wyraźną sugestią, że to jego ulubiony poeta. Ta scena wprowadziła panią Marię w osłupienie. Po chwili cisnęła scenariusz w kąt, mówiąc, że dalej "tego" nie będzie czytać: "Przecież ojciec uważał Miłosza za komunistę i sympatyka Sowietów! Miłosz przed wojną wyleciał z Polskiego Radia w Wilnie za próbę uprawiania propagandy komunistycznej. Dobrze znaliśmy sprawę, bo mieszkaliśmy wtedy w Wilnie. Kiedy aresztowano ojca, Miłosz siedział na placówce dyplomatycznej we Francji, jako attaché od stalinowskiej kultury w Polsce!". Tak rzeczywiście było, a ja przy okazji tego scenariusza zastanawiałem się, czy aresztowanie "Nila" mogło mieć wpływ na decyzję Miłosza o pozostaniu na Zachodzie. Chciałbym, by tak było.
Inny przykład udanej poprawki to rezygnacja z następującej, fikcyjnej wypowiedzi "Nila": "Co ja bym robił na Zachodzie? Spróbuję normalnie żyć tu (...). A nawet jeżeli mnie przymkną... Po pobycie w gułagu więzienie w Polsce to sanatorium". Pani Maria zwróciła uwagę twórcom filmu na świadectwo rotmistrza Witolda Pileckiego, który po przesłuchaniu na UB powiedział, że "Auschwitz to przy tym igraszka". Zrezygnowano więc z "sanatorium", i dobrze.
Co w takim razie sprawiło, że Maria Fieldorf-Czarska mimo tak zasadniczych zastrzeżeń zmieniła zdanie po obejrzeniu wersji demo filmu w swoim gdańskim mieszkaniu, w gronie przyjaciół, i z całym przekonaniem namawia nas dziś do obejrzenia filmu? Każdy, kto zna córkę "Nila", wie, że nie należy ona do osób kapryśnych, często zmieniających zdanie. Powody musiały być więc ważne.

Najkrótsze recenzje

By wyjaśnić te powody, przytoczę dwie najkrótsze "recenzje" filmu, jakie kiedykolwiek słyszałem. Gdy wychodziliśmy z gdańskiego kina Neptun, nikt się nie spieszył, choć było już bardzo późno. Ludzie spoglądali na siebie tak, jakby chcieli spotkać się jeszcze i porozmawiać o tym, co zobaczyli. Słyszałem strzępy rozmów. Młody mężczyzna powiedział do kolegi: "Wiesz, gdybym teraz spotkał jakiegoś komunistę, to od razu dałbym mu w m...!". Tamten nic nie odpowiedział, jakby to było zupełnie oczywiste. Szli dalej w milczeniu. Poszliśmy z grupą młodych ludzi na kawę. I wtedy usłyszałem drugą "recenzję", która - moim zdaniem - trafia w sedno sprawy i wyjaśnia także postawę pani Marii wobec filmu. Agnieszka Szarafin, licealistka ze Starogardu Gdańskiego, powiedziała mi: "Ja się historią interesuję, ale mało wiem o generale 'Nilu'. Jednak ten film jest piękny i ciekawy nie tylko dlatego, że przypomina postać generała, ale dlatego, że pokazuje uczciwego i twardego człowieka, otoczonego przez zgraję skończonych łajdaków".
I tak również można patrzeć na film o "Nilu", nawet jeśli się ktoś nie interesuje historią. To film dla każdego, bo to jest po prostu opowieść o człowieku uczciwym i niezmiennym w swych przekonaniach. O takim człowieku, jakim my sami chcielibyśmy być. O człowieku, do którego tęsknimy. To jest uniwersum czytelne dla każdego widza, nawet jeśli nie rozumie on kontekstu historycznego wydarzeń. W przeciwieństwie do Wajdy, Bugajski nie stosuje "dialektyki" ani nie gra racjami, "złożonością" sytuacji. Bohater jest bohaterem, a łajdak łajdakiem. Wajda stoi obok pokazywanych przez siebie wydarzeń, Bugajski jest w samym środku. Wajda zasypuje nas literackimi i filmowymi aluzjami i cytatami, zachęca do akademickich, jałowych dyskusji na temat postawy Antygony i Ismeny. Bugajski pokazuje obcęgi, którymi bandyta z UB miażdży palce i skłania więźnia do podpisania fałszywych zeznań obciążających "Nila" - bo człowiek jest tylko człowiekiem i istnieje granica fizycznej odporności na ból. Wajda pokazuje zbrodnię, Bugajski pokazuje w kapitalnych scenach z sowiecką "matrioszką" - Bierutem, istotę systemu sowieckiego, jego siłę deprawatorską, demoniczną. Postawa "Nila" na tym tle to promień słońca, który zapowiada w samym środku stalinowskiej nocy, że nie wszystko stracone, skoro są tacy ludzie jak generał Fieldorf.

Bal u Senatora

O Bugajskim krąży powszechna opinia, że jest specjalistą od "mocnych" scen w stylu amerykańskiego kina sensacyjnego i że ich nadużywa. Może tak było w "Przesłuchaniu". W filmie o "Nilu" tych mocnych scen nie brakuje, ale trzeba też od razu powiedzieć, że mają one głębokie uzasadnienie. Bez pokazania dna piekła nie można zrozumieć istoty ówczesnego zniewolenia.
Bugajski pokazał też jednak, że potrafi posłużyć się wielką literaturą i stworzyć niezwykłą filmową alegorię. Scena zabawy z udziałem oficerów NKWD i MBP zapowiada się zwyczajnie. Ot, zwykłe rozmowy łajdaków, karierowiczów z ich sowieckimi nadzorcami. Lecz oto w pewnym momencie widz odkrywa, że jest na balu u Senatora, widzi III część "Dziadów" Adama Mickiewicza! Po chwili zapowiadają wejście Bieruta. Uczestnicy "balu" pokornie chylą głowy przed namiestnikiem Moskwy, a zdumiony widz przypomina sobie nieśmiertelne słowa z narodowego arcydramatu, wypowiadane przez Gustawa Holoubka w monologu Konrada, a jeszcze bardziej słowa rosyjskiego sowietnika, wywołujące pamiętne manifestacje młodzieży w Teatrze Narodowym w Warszawie w listopadzie 1967 roku: "Nie dziw, że nas tu przeklinają. Wszak to już mija wiek, jak z Moskwy w Polskę nasyłają samych łajdaków stek"... Tą jedną sceną Bugajski postawił "Nila" w rzędzie męczenników narodowej Sprawy i wyjaśnił zasadniczy błąd wielu z tych, którzy piszą o sprawie "Nila" jako o zbrodni "polskiego" sądu. To nie był sąd "polski", lecz sowiecki. Zabili go nie swoi, lecz obcy.

Mistrz

Bugajski jawi się jako mistrz języka filmowego i sztuki filmowej nie tylko w obrazach-cytatach z Mickiewicza. Charakterystyczne i na pewno nieprzypadkowe są ruchy kamery pokazującej kanciaste sylwetki oficerów sowieckich i ich epolety wypełniające ekran. Epolety pokazywane są na zmianę: raz polskie, raz sowieckie. Prosty, lecz bardzo czytelny znak utożsamiający prawdziwych Sowietów z ludźmi w polskich mundurach, popami, czyli "pełniącymi obowiązki Polaków" - jak ich określono w meldunkach wywiadowczych WiN dla rządu RP na uchodźstwie.
Jest też wyraźny cytat z Żeromskiego, z "Przedwiośnia". Żołnierze AK wracający z Sybiru i z Kaługi w roku 1947, wysadzeni na stacji kolejowej Biała Podlaska, padają na peron, płaczą i całują polską ziemię - tak jak ci, którzy wracali do Ojczyzny z Rosji ogarniętej bolszewicką rewoltą. Chłopiec deportowany z rodziną w Sowiety w roku 1939 (tak jest w filmie, chyba raczej w 1940?) stracił tam rodziców, a teraz wraca jako 19-latek. Postać ta (Michał) to oczywiście proste nawiązanie do Cezarego Baryki. Bugajski stosuje te wszystkie cytaty i nawiązania po to, by pokazać powtarzalność pewnych sytuacji z naszej historii, by pokazać polski los. Ponadto chce podkreślić, że i wróg jest ten sam. Sowieci nie przyszli bowiem do Polski po to, by robić "rewolucję społeczną" lub by budować "prawdziwą demokrację" - jak zapewniała propaganda Stalina. Przyszli po to samo, po co przychodziło wcześniej rosyjskie imperium. Przyszli zabrać nam wolność. To jasne przesłanie całego filmu. To powód, dla którego Maria Fieldorf-Czarska zaakceptowała pewne sceny, które budziły jej zastrzeżenia. Ponadto został spełniony drugi ważny warunek: pani Maria chciała, by w filmie wyraźnie pokazano, zgodnie z prawdą, że jej ojciec został zamordowany za odmowę współpracy. "Dziś za bohaterów uważa się tych, co współpracowali z bezpieką, a teraz 'mają odwagę', by się do tego przyznać. Po pierwsze, nie mają odwagi, bo przyznają się dopiero wtedy, gdy IPN o tym powie. Po drugie, ich przyznanie się bywa niegodziwe, na przykład wtedy, gdy mówią 'przepraszam, że musiałem'. Po trzecie, to nie oni są bohaterami, lecz ci właśnie, co odmówili. Oni zasługują najwyżej na politowanie" - mówi Maria Fieldorf-Czarska. I zapewne powtórzy to w Teatrze Narodowym podczas uroczystej premiery filmu, jeśli dostanie mikrofon...

Jesteśmy Żydami
Na tle obowiązującej w Polsce, narzuconej przez "Gazetę Wyborczą" politycznej poprawności, która zakazuje wszystkiego, co mogłoby wyglądać na "antysemityzm", na uwagę zasługuje scena posiedzenia tzw. Sądu Najwyższego w październiku 1952 roku. Sędziowie mają ostatecznie postanowić o losie "Nila". Jak wiadomo, uchylili wyrok Sądu Wojewódzkiego w Warszawie, ale tylko po to, by zmienić kwalifikację "przestępstw" generała. Podtrzymali jednak wyrok śmierci na bohatera Polskiego Państwa Podziemnego. "Sędziowie" stwierdzają w trakcie narady, że są "Polakami pochodzenia żydowskiego". To dobrze, że padają te słowa, może w końcu uda się przełamać kolejne tabu i pokazać, że niechęć do Żydów (nie "antysemityzm") nie została wyssana z mlekiem matki, lecz ma swoje źródła w naszej pamięci narodowej. Zagłada zgotowana Żydom podczas wojny przez państwo niemieckie nie może być usprawiedliwieniem dla niegodziwości, których wielu Żydów dopuściło się w Polsce po wojnie w służbie Sowietom. Trauma nie może być usprawiedliwieniem zbrodni. Polacy też żyli po wojnie w traumie. Przypadki śmierci Żydów wysługujących się Sowietom w zniewalaniu Polski, zlikwidowanych przez drugą konspirację niepodległościową, nie mogą być traktowane jako akty "antysemityzmu" usprawiedliwiające mordy popełniane przez bezpiekę na powojennych żołnierzach niezłomnych. Trzeba też widać różnicę między "pogromami" a prowokacjami sowieckimi: w Kielcach, Krakowie, Rzeszowie. Dopóki nie wydobędziemy się z tego bagna kłamstw i dogmatów, niemożliwe będą normalne stosunki między Polakami a Żydami. W sprawie "Nila" wszyscy sędziowie byli Żydami: Maria Górowska vel Gurowska, Gustaw Auscaler, Emil Merz i Igor Andrejew. Merz i Auscaler opuścili Polskę w roku 1968 jako "ofiary antysemickich czystek", którymi różni niegodziwcy obarczają cały Naród Polski, nie bacząc na to, że na walki frakcyjne w ramach PZPR nie mieliśmy żadnego wpływu.

Aktor

Kiedy pani Maria Fieldorf-Czarska wyrażała niepokój o ostateczny kształt filmu, kierownik produkcji, doświadczony filmowiec Tadeusz Drewno pocieszał ją: "Scenariusz rzeczywiście nie jest najlepszy, ale niech pani pamięta, że ten scenariusz zrealizuje wybitny reżyser, a rolę pani ojca zagra jeden z najwybitniejszych aktorów powojennego polskiego kina". Miał rację. Rola "Nila" to chyba życiowa rola Olgierda Łukaszewicza, choć przecież w jego artystycznej biografii wielkich ról nie brakuje. Dziś Olgierd Łukaszewicz jest doświadczonym aktorem i ma doświadczenie życiowe człowieka w wieku zbliżonym do generała Fieldorfa z ostatnich lat jego życia. Potrafił to wykorzystać. Gra "Nila" i gra siebie - dojrzałego mężczyznę tęskniącego za życiem rodzinnym, za spokojem. Ponad pragnienie spokoju przebija się jednak lęk o zachowanie dobrej, żołnierskiej sławy. "Nil" Łukaszewicza ma świadomość, że podejmuje decyzje nie tylko za siebie i dla siebie czy dla swojej rodziny. Ma świadomość, że jest w Polsce symbolem, że patrzą na niego podkomendni, że musi zachować się "jak trzeba". Sceny więzienne z udziałem Łukaszewicza "Nila" przejdą do historii polskiego kina. Jestem o tym przekonany! Udało się temu wybitnemu aktorowi pokazać godność polskiego oficera - w warunkach poniżenia, osamotnienia, strachu o siebie i bliskich. To wielka sztuka, by pokazać normalnego człowieka, nie na koturnie - rodzinnego, obdarzonego poczuciem humoru, robiącego zakupy na targowisku - a jednocześnie pokazać jego wielkość i heroizm. Bo heroiczna jest decyzja "Nila" o pozostaniu w kraju. Heroiczna jest odmowa pisania prośby do Bieruta, bo jest ona przecież jednoznaczna z wyrokiem śmierci.

Bez happy endu

Ostatnie sceny filmu robią wielkie wrażenie na każdym widzu. Widzimy ciała "Nila" i innych zamordowanych więźniów zapakowane do worków, ładowane na furmanki przez ludzi wyglądających jak z innego, jakiegoś piekielnego świata. Ciała zostają wywiezione gdzieś na łąkę czy pole. Dół już wykopany, jak w Lesie Katyńskim. Uderzenia spadających ciał, wrzucanych na dno dołu wbijają widzów w fotele. Takich scen się nie zapomina.

Błędy

Film zawiera też sceny, w których można dostrzec błędy lub z którymi trudno się zgodzić. Do oczywistych błędów zaliczam odczytywany przez Marię Górowską wyrok śmierci "w imieniu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej". Górowska skazała naszego generała "w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej" (!), co było zapewne dla "Nila" wstrząsającym doświadczeniem, zważywszy na słowa przysięgi Armii Krajowej, w której jest Bóg, Królowa Polski i Rzeczpospolita. W kwietniu 1952 r. jeszcze nie było PRL, Stalin nanosił jeszcze odręczne poprawki na "konstytucji", którą jego "posłowie" przyjmą w lipcu 1952 roku.
Mam też wątpliwości co do pewnej sceny więziennej. Więzień wyglądający z celi na dziedziniec informuje współtowarzyszy, że właśnie prowadzą kogoś na egzekucję, a za nim biegnie "jakiś ksiądz". Z kontekstu wynika, że to ostatnia posługa. W lutym 1953 r. za naczelnika Alojzego Grabickiego? Księża, owszem, bywali wtedy na Mokotowie, ale w zupełnie innym charakterze.
Nie zgadzam się ze sceną rozmowy "Nila" z żoną na temat procesu moskiewskiego. Pani Maria to potwierdza. Nigdy ani generał, ani jego żona nie mieli cienia pretensji pod adresem gen. Leopolda Okulickiego. Sowieckie protokoły rejestrujące pokazowy proces nie mogą być traktowane jako źródło historyczne, lecz jako materiał opracowany przez odpowiednią komórkę do spraw propagandy. Zostały zresztą wydane po rosyjsku i po polsku, dla celów propagandowych. Śmiesznie brzmią w filmie słowa o tym, że dzięki "naszym ludziom w UB" wiemy, co mówił generał Okulicki na procesie. Zarówno reżyserowi, jak i zapewne konsultantowi historycznemu zabrakło w tym przypadku roztropności, a może po prostu dostali na ten czas małpiego rozumu, co się niekiedy zdarza. Szkoda, bo generał Okulicki, tak jak "Nil", należy do męczenników narodowej Sprawy.

"Prezent" dla Bieruta

Niedawno Jan Pospieszalski zadał w swym programie "Warto rozmawiać" pytanie o "Nila": Dlaczego go zamordowano? Nie zdążyłem na to pytanie odpowiedzieć tak, jak bym chciał, bo program dobiegał końca, ale nie opuszczało mnie ono także po wyjściu ze studia na Woronicza. Ileż to razy czytałem różne biogramy generała Fieldorfa, ile nad tym myślałem, ile sam o nim pisałem. I dopiero trzeba było tego jednego programu i wyjazdu do Warszawy, by pewne sprawy zobaczyć w ostrym świetle. By skojarzyć ciąg zdarzeń i zrozumieć ich sens.
Kwiecień roku 1952 był dla Polaków nie do zniesienia, choć pogoda była piękna, zaczynała się wiosna, pola pachniały świeżo zoraną ziemią, trwały wiosenne siewy owsa. W całym kraju odbywała się jednak obrzydliwa polityczna orgia w azjatyckim, bolszewickim stylu. Sowiecka propaganda szykowała wielkie 60-lecie "towarzysza Tomasza", czyli Bieruta. Te urodziny przypadały na piątek, 18 kwietnia. W ten dzień i w dni poprzedzające zdumieni Polacy dowiedzieli się, że górny Karpacz to teraz Bierutowice! Że Huta Częstochowa to teraz Huta im. Bieruta, podobnie lubelska Fabryka Samochodów Ciężarowych! Że nawet Uniwersytet Wrocławski przybrał imię sowieckiego namiestnika na Polskę (nie do wiary: tak będzie do roku 1989!). W partyjnych gazetach zaroiło się od adresów hołdowniczych i hymnów pochwalnych na cześć sowieckiej miernoty, przedwojennego agenta sowieckiego wywiadu i Kominternu, szkodzącego Polsce, której był obywatelem, winnego zbrodni stanu, niedoszłego wisielca - bo polski kodeks karny z lat 30. przewidywał tylko jedną karę za zdradę Ojczyzny.
W środę, 16 kwietnia 1952 r., odbywa się tajne posiedzenie Sądu Wojewódzkiego dla m.st. Warszawy. Na wokandzie sprawa Emila Fieldorfa. Sądzi Maria Górowska vel Gurowska. Ona o wszystkim decyduje. Jest jeszcze dwóch ławników, ale to statyści, "przedstawiciele ludu". Nie mają głosu, muszą się tylko podpisać. A kim jest Górowska? To nie Górowska, to Żydówka Maria Sand, lat 38, członkini stalinowskiej Armii Ludowej, po wojnie dyrektorka partyjnej "szkoły prawniczej" dla sędziów! Ma już na koncie wyroki śmierci na polskich patriotów. Za dwa dni urodziny "towarzysza Tomasza". Ona da mu najlepszy prezent urodzinowy! Coś, co nie mieści się w polskiej głowie, doskonale tłumaczy się mentalnością bolszewicką. Generał "Nil" był najwyższym rangą spośród żyjących na terenie Polski przywódców Polski Podziemnej. Bierut, sowiecki namiestnik, obawia się go, choć przecież "Nil" nie ma już podkomendnych, którym mógłby wydać rozkazy. Bierut boi się jego sławy, boi się miłości, jaką otaczają "Nila" oficerowie i żołnierze AK. Trzeba go zabić i zakopać w takim miejscu, gdzie nikt go nie znajdzie! I Górowska to robi! Potem będzie jeszcze Sąd Najwyższy, Rada Państwa etc., ale najważniejsza decyzja w sprawie "Nila" już zapadła. Był jeszcze tylko jeden wariant: skłonić go do współpracy. Wtedy jego sława nie byłaby groźna. Ale on się na to nie zgodził, bo poza dobrą żołnierską sławą już nic nie miał im do oddania...
Proces Górowskiej rozpoczął się w roku 1997, ale był zupełnie nieskuteczny, bo oskarżona nie zgłaszała się na rozprawy. Nie bała się żadnych sądów. Nie po to ona i jej towarzysze zabiegali przez całe lata o odpowiednich ludzi "na odcinku ludowej sprawiedliwości", by teraz obawiać się jakichś niespodzianek. Umarła w Warszawie, nie usłyszała nigdy z ust sędziego, w imieniu Rzeczypospolitej, że popełniła sądową zbrodnię.
Zapytałem kierowcę warszawskiej taksówki, czy wie, gdzie jest w Warszawie ulica generała Fieldorfa. Odpowiedział: "No pewnie, to nie jest jakaś tam mała uliczka. Kiedyś to była ulica Bolesława Bieruta"...

O mnie się nie martwcie zupełnie...

Wygłaszając słowo przed filmem, miałem zamiar na koniec przekazać publicznie opinię pani Marii o nim. Jednego nie przewidziałem. Kiedy zacząłem czytać głośno ostatni list "Nila" z więzienia, poczułem silne wzruszenie, które odebrało mi głos. Ostatnie słowa wypowiedziałem szeptem. Oto ten list charakteryzujący "Nila" jako człowieka. Jest styczeń 1953 roku. Lada dzień wyprowadzą go na śmierć. Pisze do żony ostatni list. Nie skarży się na swój los, lecz przeprasza, że w poprzednim liście prosił ją o pomoc dla ojca. A przecież ona sama biedna, ledwie wiąże koniec z końcem. Oto, jakie sprawy zaprzątały głowę tego szlachetnego człowieka w obliczu śmierci!
"Kochana Janinko, w czasie ostatniej naszej rozmowy wspomniałem Tobie, że przydałoby się pomóc trochę Ojcu mojemu. Kiedy później zastanowiłem się nad tym, zrobiło mi się przykro, bo przecież wiem, jak i u Ciebie jest krucho. Moja Droga, jeśli wspomniałem o Ojcu, to jedynie pod tym warunkiem, że to, co Jemu przeznaczycie, będzie zamiast dla mnie... Nie wysyłaj mi pieniędzy... O mnie się nie martwcie zupełnie. Ani to ulgi nie przyniesie, ani też pomoże"...

Piotr Szubarczyk
źródło: Nasz Dziennik